Forum BESKIDZKIE FORUM Strona Główna


BESKIDZKIE FORUM
"Tak mnie ciągnie do gór..."
Odpowiedz do tematu
Krzysztof Jaworski


Dołączył: 10 Sty 2012
Posty: 175
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Świebodzice

Bardzo Ci dziękuję za fajne słowa! Wioska się chyba dość już mocno zmieniła, niestety. "Claudii" nie było już w 2005 r., gdy byłem tam po raz ostatni. Słyszałem o jakimś asfalcie niemalże do samej Sarmizegetusy, chociaż na Youtubie jest film z 2009 r., na którym droga jest "po dawnemu"

http://www.youtube.com/watch?v=-oGVPMqjm6o

znalazłem jeszcze Sarmizegetusę w 3D

http://www.youtube.com/watch?v=hpa0vD6gL0k

Pozdrawiam, Krzysiek
Zobacz profil autora
Krzysztof Jaworski


Dołączył: 10 Sty 2012
Posty: 175
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Świebodzice

Rumuński archeolog Hadrian Daicoviciu napisał w swojej książce "Dakowie" (wydanie polskie w 1969 r. w tzw. starej serii "Ceramowskiej" Państwowego Instytutu Wydawniczego) takie oto zdania: "Chociaż warownie dackie bardzo są podobne do siebie, nie ma dwóch jednakowych. Plany ich są zależne od ukształtowania terenu, różne są także rodzaje umocnień, nie mówiąc już o różnicy wielkości".

Tę wypowiedź znakomitego naukowca mogę na mój osobisty turystyczny sposób nieco przekształcić - "Chociaż warownie dackie są bardzo do siebie podobne, do żadnej z nich nie ma podobnego dojścia".
Poznanie przeze mnie każdej z odwiedzanych dotąd fortyfikacji dackich to każdorazowo odmienna turystyczna przygoda. Do niedawna znałem tylko cztery tego rodzaju obiekty - stołeczną Sarmisegetuzę, pobliskie twierdze Blidaru i Costeşti oraz położoną wysoko w górach warownię na przełęczy Ocolu. Trochę pisałem o tym we wcześniejszych postach.

Kilka dni temu, 29 sierpnia 2014 r., poznałem kolejną dacką fortyfikację. Planowałem powtórzyć zwiedzanie Costeşti lub Blidaru, jednak pogmatwane dackie ścieżki Gór Şureanu rzuciły nas pod jeszcze jedno, nieznane mi wcześniej z autopsji, stanowisko archeologiczne. I to takie, które wywarło na mnie nie mniejsze wrażenie niż osławiona Sarmisegetuza.

Ale może po kolei.

W sierpniu 2014 r. odbyłem wraz z Łukaszem, studentem archeologii i zarazem uczestnikiem kursu taternictwa jaskiniowego, przeszło dwutygodniową wędrówkę po rumuńskich Karpatach Południowych. Takim trochę nieoficjalnym motywem przewodnim przejścia było połączenie mającego antyczną (rzymską) metrykę uzdrowiska Baile Herculane, wciśniętego pomiędzy góry Mehedinţi i Góry Cernei, z jakimś dosyć mocno oddalonym równie zabytkowym obiektem - ale już o dackiej genezie. Postanowiliśmy dojść jeśli nie do samej Sarmizegetusy Regia, to przynajmniej do pobliskich twierdz w Costeşti lub Blidaru - czyli do któregoś z tych stanowisk, które już znałem z wcześniejszych wędrówek przez Góry Şureanu. Po drodze archeologii praktycznie miało nie być, ale te dwie rzymsko-dackie klamry otwierające i zamykające przedsięwzięcie w zupełności nas satysfakcjonowały.

16 sierpnia 2014 r. wyruszyliśmy z Baile Herculane i mierząc się z wielce kapryśną pogodą i wspaniałymi górami Mehedinţi, Cernei, Godeanu, Piule-Iorgovanu, Retezatem i Tulişa dotarliśmy
27 sierpnia do południowo-wschodnich podnóży Gór Şureanu, w okolice wioski Livadia. I wtedy właśnie zaczęła się nasza şureańsko-dacka przygoda.



Jeszcze ostatni zachód słońca po tulişańskiej stronie rzeku Jieţ



I powolutku, sielsko anielsko...



... można było, rankiem 28 sierpnia, przejść na şureańską stronę rzeki,



aby swój (właściwie mój, bo dla Łukasza był to debiut w tych górach) come-back w Góry Şureanu rozpocząć od refleksyjnej i pełnej zadumy wizyty w przysklepowej altance w wiosce Ponor. Wszak minęło już całe 9 lat od ostatnich odwiedzin matecznika Daków



A nazwa wioski, czyli Ponor, jest nieprzypadkowa. Zresztą jak i sąsiedniej - Ohaba Ponor. Ta część Gór Şureanu, tzn. południowo-zachodnia, zbudowana jest z wapieni i wszędzie wokół pełno jest jaskiń. A że Łukasz bawi się - na poważnie - w taternictwo jaskiniowe, to zaczęliśmy tych jaskiń szukać. Jeszcze w Polsce ze stronki [link widoczny dla zalogowanych] wydrukowaliśmy sobie taką oto mapkę [link widoczny dla zalogowanych] i rozpoczęliśmy poszukiwania krasowych dziur - jaskiń, ponorów i wywierzysk.

Przy okazji uskutecznialiśmy poszukiwania etnograficzne i zootechniczne











Gorzej było z samymi jaskiniami. Dziarsko dochodziliśmy we wskazane miejsca



A tam, pod wapienną ścianką, miliony ścieżek do milionów parowów i krasowych dolinek, w których może być i naście jaskiń i szczelin. Ale wszystko zakrzaczone, zajeżynione, zasypane kamieniami i tylko kontekst jest ładny



No, ale jaskinia Şura Mare powinna nam wyjść. Największa krasowa dziura w Ohaba Ponor z portalem wejściowym o wymiarach 12 x 40 m. O tym obiekcie przeczytać można w rozlicznych przewodnikach, broszurach, folderach, nawet na dotowanych przez Unię Europejską tablicach informacyjnych ustawionych przy ważnej krajowej drodze DN 66, przebiegającej 3 km na południe od Ohaba Ponor.

Stosowna tablica jest też w samej wsi.



Pojawił się jednak drobny problem. Jak tam się dostać? Może z lewej strony tablicy (oficjalnie), może z prawej (jakby mniej oficjalnie). W obu przypadkach byłoby to jednak forsowanie przeszkód i ewentualne natknięcie się na psa o mentalności innej niż owczarków pasterskich.



Łukasz wybrał więc konsensus. Cel zdawal się być blisko. To te wapienne skały widoczne za dachem chałupki





Zobaczyłem go pół godzinie później wracającego i cokolwiek zrezygnowanego





Chłopak nie klnie. Ale wtedy chyba miał ochotę...



No nic. Może z Dakami będziemy mieli więcej szczęścia? Wystarczy przecież tylko dojść do wioski Federi, a stamtąd znana mi z wcześniejszych wędrówek po tych górach wioseczka Gradiştea de Munte, wokół której znajdują się relikty trzech dackich twierdz - stołecznej Sarmizegetusy oraz kontrolujących drogę do niej Costeşti i Blidaru, jest już niemal na wyciągnięcie ręki. Tak by wynikało przynajmniej z opracowanej jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku mapy turystycznej gór Şureanu.

Z Federi do Gradiştea de Munte według tej mapy miało by być nie tylko niedaleko - może do 7-8 kilometrów, ale także miały być obydwie wioski połączone szlakiem turystycznych czerwonego kółka.



Do Federi przeszliśmy z Ohaba Ponor nadzwyczaj szybko.



Wioska naprawdę śliczna. Usytuowana jest na mających południową ekspozycję wapiennych stokach







Łukasz właśnie w Federi miał okazję po raz pierwszy zobaczyć stogi siana układane na odpowiednio przyciętych żywych drzewach



A na południe od wsi - ponad ogródkami i dachami domów - rewelacyjne widoki. Oczywiście głównie przykuwał uwagę Retezat i jego północne przedgórze. Ten szczyt w środku to sam Vârful Retezat (2482 m n.p.m.) i sąsiadująca z nim od północy Lolaia Sud i Lolaia Nord



Tutaj to szanowne towarzystwo nieco lepiej widoczne



Widać też - odrobinę bardziej na południowy-wschód - Góry Tulişa. Tam z Łukaszem byliśmy dzień wcześniej, zaś to największe to Vârful Baru (1766 m n.p.m.), który zasłania najwyższą w paśmie Tulişę (1792 m n.p.m.)



I wtedy właśnie, gdy napawaliśmy się widokami znad Federi, mój aparat strzelił focha. Żadnych zdjęć - nie pomagała wymiana obiektywów. Migawka strzelała tylko wtedy, gdy obiektyw nie był zamocowany na korpusie aparatu. Nie pomagały żadne zaimprowizowane próby czyszczenia styków aparatu i obiektywu (-ów). O ile Łukasz przy jaskiniach nie zaklął, ja tym razem zakląłem. I to chyba nie tylko jeden raz.

Być może nawet wtedy, gdy Łukasz fotografował moją grobową, czy może bardziej zrezygnowaną, minę?



We wszystkich możliwych mgłach, deszczach, spiekotach poprzednich 14 dni naszej wędrówki cholernik robił zdjęcia, a tu - w najbardziej kolorowym dniu i w dodatku dzień przed archeologicznym opus magnum naszej wyprawy - po prostu sobie zdechł. No żesz krzywa (tu należy wstawić tłumaczenie łacińskie tego przymiotnika) mać.

Dobrze że kompas zawsze dobrze działa. Idziemy zatem na północ, z lekkim odchyleniem na wschód. Kilometry pękają, żadnych czerwonych kółek w białej obwódce, czyli znaków szlaku turystycznego, nie widzimy, ale - co najgorsze - ja nie rozpoznaję żadnych krajobrazów. Nic znajomego, cały czas wapienie, krasowe dolinki, jakieś charakterystyczne dla obszarów krasowych lejowate zapadliska terenowe. A przecież w okolicy Gradiştea de Munte wapieni już praktycznie nie ma. Ki dacki diabeł? Pytani przez nas ludzie, czy idziemy w stronę Gradiştea de Munte potwierdzają, ale mówią zarazem, że lepiej "masziną" - samochodem. I to objeżdżając praktycznie całą zachodnią część Gór Şureanu. Coś więc z tymi "mapowymi 6-7 kilometrami nie tak...

No ale jest pięknie. Tylko ten aparat. Łukasz, który jest mniej ode mnie skory do naciskania spustu migawki, porobił jednak trochę fotografii











I tak wędrując sobie przez rozliczne grzbieciki południowo-zachodniej części Gór Şureanu dotarliśmy do takiej niemal jak z Thomasa M. Reida Doliny bez wyjścia. Stanęliśmy na krawędzi uroczej doliny... W dole szałasy i letniarki, kilka stogów, leniwie płynący potok, wolno kierujący swoje wody w stronę... górskiego zbocza. Dolina była naprawdę duża.



Potok, jak napisałem wcześniej, płynął leniwie, ale my słyszeliśmy wręcz huk wody. Pod nami, w ziemi, coś hurkotało, wirowało. Jakaś gigantyczna pralka. Był to szum, ale za to jaki szum, podziemnych rzek jaskiniowych. Podeszliśmy z Łukaszem krawędzią naszej doliny aby zobaczyć, gdzie zmierza nasz leniwy potoczek. I - tak jak przypuszczaliśmy - płynął w stronę jaskini.



Zeszliśmy do niej...



I tu pech. W aparacie Łukasza zepsuła się lampa błyskowa. Jakieś fatum.

....

Wyleźliśmy z jaskini. Trochę powałęsaliśmy się jeszcze po dolinie.



I poszliśmy dalej. Na północ. I to był nasz błąd, gdyż z doliny powinniśmy pójść na wschód z niewielkim odchyleniem na północ. A tak zaczęło nas odrzucać z czasem na zachód. Ale było fajnie... Siedem kilometrów dawno przeszliśmy, zbliżaliśmy się do dwudziestego, a ja dalej nic nie rozpoznaję. Ale jest fajnie... Pojawia się nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy, jakaś emanująca nowością tablica archeologiczna, z której my (wszak archeolodzy) nic nie rozumiemy.



To że teren wokół jest antropogenicznie przeobrażony, to widzieliśmy już od pewnego czasu. Jakieś wały, groble i inne elementy dawnej infrastruktury militarnej, z pewnością dackiej, faktycznie widzieliśmy. Ale duża część tego, co na obrazku zaznaczono na pomarańczowo, to nadinterpretacja, a może krajoznawczo-archeologiczne chciejstwo. Ale może ten planik pomoże nam zorientować się, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Gdzież tam? Mapka nie jest zorientowana na północ. W prawym dolnym rogu jest zaznaczona ścieżka, która ma prowadzić do... drogi na Sibiu. Ale przecież gdzie jest Sibiu. Daleko, dobrze ponad 100 km, na północny wschód od nas. Niemal wszystkie inne nazwy terenowe na tej mapce też brzmią obco. Żadnego "Gradiştea de Munte", "Federi", "Luncani", czy też innych pobliskich miejscowości. Faktycznie, grasuje gdzieś w pobliżu jakiś dacki decebalowy diabeł.

I jeszcze jedno, do tej pięknej tablicy nie prowadzi żaden szlak. Stoi ona sobie ot tak, przy jednej z biegnących przez łąki dróg.

No to my próbujemy znowu iść na północ. Właściwie już nie da się. Każdy grzbiecik, a jest ich tu wiele, każda droga, z czasem wykręca na zachód.
Zaczyna się powoli robić ciemno. Przebijamy się - cały czas próbując zmierzać na północ - przez łąki, na których "rosną" na drzewach stogi siana



W końcu, gdy dotarliśmy do kolejnej nieco szerszej śródleśnej drogi, biegnącej ze wschodu na zachód, poddajemy się. Idziemy wzdłuż potoku... ale na zachód. Było już szaro, pchać się w górę potoku było nierozsądnie. Gdzie zatem wyjdziemy? Było nam tak naprawdę już to trochę obojętnie. Wiedzieliśmy tyle tylko, że nie będzie to Gradiştea de Munte. Ale co?

Nasza wiodąca na zachód droga doprowadziła nas do skrzyżowania z inną gruntową śródleśną drogą. Przy skrzyżowaniu, już na tej nowo spotkanej drodze, widzimy tabliczkę. Taki turystyczny drogowskaz. A na nim napis "Cetate P. Roşie". "Twierdza Piatra Roşie" - Jezus, Maria, wykręciło nas pod samą dacką twierdzę, w dodatku taką, na której nigdy nie byłem!!! To chyba sprawka jakiegoś dackiego anioła!?

Na podmokłej łączce, przy skrzyżowaniu, rozbiliśmy namiot. Przed snem zdjąłem obiektyw od korpusu aparatu. Liczyłem na cud.
Pobudka. I próba zrobienia pierwszych fotek otoczenia namiotu. Aparatem Łukasza. Nie działa - pojawia się komunikat, że bateria wyczerpana. Zapasowej nie ma! Dacki diabeł działa.

Drżącymi łapami łączę korpus mojego aparatu z obiektywem. Chwila napięcia. Głęboki oddech i ... głęboka ulga. Wycelowany w jakimś tam przypadkowy obiekt aparat ZROBIŁ ZDJĘCIE!!! Hurraaaaa!

Tu zatem bardzo późnym wieczorem poprzedniego dnia dotarliśmy



A nad naszymi głowami takie cudo - prawdziwy Czerwony Kamień, czyli po rumuńsku "Piatra Roşie". To na tej skale, której wierzchołek sięga około 870 m n.p.m., znajdują się pozostałości najczęściej pojawiającego się na łamach książki Hadriana Daicoviciu, oczywiście po Sarmizegetusie, grodu dackiego.



Szybkie śniadanie, zwijanie namiotu i idziemy na Czerwony Kamień. Droga krótka, po około 25 minutach, zupełnie nie spiesząc się i mijając takie polanki,



byliśmy u celu.

Powitała nas typowa na grodach Daków tablica



Wchodzimy na teren grodu. Najpierw wały, później wykonana z kwadratowych płyt kamiennych droga, chociaż dzisiaj - tysiąc dziewięćset lat po zaprzestaniu jej użytkowania - wygląda ona raczej jak po prostu schody.







Podobną drogę jednak już znałem - widziałem ją w Sarmizegetusie. Na Piatra Roşie naszą archeologiczną euforię wywołało coś innego. Był to znajdujący się tuż koło drogi - na północ od niej - niewielki kamieniołom, w którym zalegało wiele nieukończonych lub zdefektowanych detali budowlanych. Płyt nawierzchni drogi i prostopadłościennych bloków licowych murów obronnych twierdzy. Wycięte w nich były charakterystyczne dla Daków gniazda na drewniane kotwy, które spinały bloki oblicówki z jądrem wału. Gniazda te uformowane były w tzw. jaskółcze ogony.











Natychmiast zadzwoniłem do mojej duuuużo młodszej koleżanki z pracy Ewy, która zajmuje się pradziejowymi i średniowiecznymi kamieniołomami. Także tymi usytuowanymi w obrębie założeń obronnych. Napstrykałem dla niej, ale też oczywiście i dla siebie, tylko na tym kamieniołomie chyba ze czterdzieści zdjęć. Oj, dackiemu aniołowi trzeba gorąco podziękować!

Kamienie licowe murów dackich twierdz umieszczano w taki oto sposób.







Oddam może głos samemu Hadrianowi Daicoviciu:

"Ponieważ Dakowie na ogół nie używali zaprawy murarskiej w swoich budowlach (...) istniało niebezpieczeństwo, że różnorodna mieszanina materiałów wypełniająca przestrzeń między licami muru o wysokości 3-4 m może je rozepchnąć i przewrócić.
Budowniczowie pomysłowo rozwiązali ten problem. W górnej części ciosów kamiennych wycięli wgłębienia w kształcie jaskółczego ogona, to znaczy szersze od zewnątrz i zwężające się ku stronie wewnętrznej. We wgłębienia dwóch ciosów umieszczonych naprzeciw siebie kładziono grubą belkę drewnianą w charakterze kotwi, której końce były podobnie przycięte. Dopiero gdy wszystkie belki znalazły się na swoim miejscu, wsypywano między ściany muru ziemię i kamienie; Tę samą czynność powtarzano przy każdej nowej warstwie ciosów kamiennych. Teraz materiał wypełniający przestrzeń między skałami mógł je rozpychać: grube belki trzymały mocno. Po niejakim czasie wprawdzie i belki te gniły, lecz nim to nastąpiło, mur osiadł już dostatecznie i nie groziło mu zawalenie."


A tak to archeolodzy rekonstruują (ze strony [link widoczny dla zalogowanych] )



Połaziliśmy jeszcze trochę po twierdzy. Nie będę już Was zanudzał innymi szczegółami niekiedy podniecających tylko archeologów. I chyba w tym moim zdaniu coś jest, gdyż od tej oto rumuńskiej rodzinki, którą spotkaliśmy na twierdzy, usłyszeliśmy ni mniej, ni więcej, tylko to, że "zamek jest ubogi"!



Jakby ktoś nam twarz pokrzywą wysmagał!

A twierdza mogła wyglądać mniej więcej tak (rysunki ze stron [link widoczny dla zalogowanych] i [link widoczny dla zalogowanych] )





Zeszliśmy z twierdzy. Trzeba było zejść również i z gór, gdyż był to praktycznie ostatni dzień naszej przeszło dwutygodniowej południowokarpackiej wędrówki. Najpierw szliśmy pod Piatra Roşie.



Później często się za Czerwonym Kamieniem oglądając





Z biegiem kilometrów Czerwony Kamień przeistoczył się w Zieloną Górkę



A my zaś weszliśmy do przedostatniej podczas naszej wędrówki wioski Luncani



Od tego momentu próbowaliśmy łapać stopa, aby dostać się do cywilizacji. Nic jednak przez długi czas nie jechało. Zwiedziliśmy zatem opuszczoną szkołę w Luncani, wykorzystywaną dzisiaj już tylko jako lokal komisji wyborczej.





Zwiedziliśmy też sklep, ale już nie w Luncani, lecz w przysiółku następnej wioski Boşorod. Kupiliśmy dwa "Ursusy", ja nabyłem zaś już osobiście flaszkę wina "Cotnari" i zaśpiewałem Łukaszowi sto lat. Obchodził w tym dniu swoje 25 urodziny.



Wyszliśmy później znów na drogę. Tuż przed Boşorodem złapaliśmy stopa. Sympatyczne małżeństwo, gdzieś tak w moim wieku, jechało do swojego domu w Calan. Gdy dowiedzieli się, że następnego dnia rozpoczynamy operację "Powrót do Polski", minęli Calan i zawieźli nas jeszcze 22 km na północ - do węzłowej stacji kolejowej w Simerii.

Dacki anioł czuwał!



I tak opuściliśmy Góry Şureanu - matecznik królestwa Daków.

Ale trzeba wrócić. Już ze stuprocentowo pewnym aparatem fotograficznym.


Ostatnio zmieniony przez Krzysztof Jaworski dnia Czw 13:55, 04 Wrz 2014, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
W Górach Şureanu, czyli z wizytą u starożytnych Daków
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)  
Strona 2 z 2  

  
  
 Odpowiedz do tematu