Forum BESKIDZKIE FORUM Strona Główna


BESKIDZKIE FORUM
"Tak mnie ciągnie do gór..."
Odpowiedz do tematu
Zimowy trawers Pirynu (luty 1987 r.)
Krzysztof Jaworski


Dołączył: 10 Sty 2012
Posty: 162
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Świebodzice

Jakiś czas temu zacząłem skanować swoje stare przeźrocza. Nie miałem przy tym jakiegoś konkretnego planu dotyczącego kolejności tworzenia reprodukcji. Żadnych jakiś tam wewnętrznych dyrektyw typu „najpierw góry najwyższe w jakich byłem, później takie czy też takie, a na końcu jakieś podsudeckie pagóry nad Świebodzicami”. W czasie kopiowania mieszałem jakąś Rumunię z Czechami, Polskę z czymśtamczymśtam, Ukrainę z byłym enerdówkiem itp, itd. I tak przed kilkoma miesiącami dobrałem się do trzech zielonych plastikowych pudełek na slajdy, takich typowych polskich, a dokładnie bydgoskich, w których mieściło się standardowo po około 40 zaramkowanych przeźroczy. W tych zielonych była „Bułgaria”, a tak dokładnie to zdjęcia z lutego 1987 r., gdy w dziewięcioosobowej grupce zrobiliśmy pierwszy w historii mojego macierzystego Studenckiego Koła Przewodników Sudeckich z Wrocławia, zimowy trawers gór Piryn w Bułgarii.
Trasa naszego przejścia przez Piryn zaznaczona jest na tej graniówce (mapka pochodzi z czechosłowackiego przewodnika „Rumunské a bulharské hory”) kolorem seledynowym:



Trochę to było inne zimowe łażenie niż dzisiaj. Nie było:

- polarów, goretexów, innych superciuchów
- telefonów komórkowych
- kijków teleskopowych (!!!!) – nikt nie wpadł na pomysł, aby używać zwykłe narciarskie
- sprzętu wspinaczkowego z atestem
- czołówek
- takiego żarcia jak teraz (może i ono najsmaczniejsze nie jest, ale o ile mniej waży...)
- nie było też takich namiotów jak obecnie (na wszelki wypadek musieliśmy zabrać ze sobą trzy szyte w Legionowie „Halicze”)
- aparatów cyfrowych, a nawet analogowych idiotkamerek z wbudowaną lampą błyskową. Nie mogliśmy więc zrobić ani jednego zdjęcia z wnętrz odwiedzanych schronisk !!!! A i tych zdjęć zrobionych za dnia nie było zbyt wiele (jedna rolka to 36 klatek, a brało się najwyżej trzy filmy)

Było za to:

- litr benzyny (najlepiej ekstrakcyjnej) na głowę w celu uruchomienia radzieckich kuchenek „ogniolotów”
- sprzęt od Walkosza i Kazia „Mordercy”
- wołowina w sosie własnym (dużo) i pasztet „Mazowiecki”(jeszcze więcej)
- pióra ziemniaczane „Perła”
- koszule flanelowe, swetry wełniane, takież skarpety, ochraniacze „śniegowe” szyte nieraz z załatwionego (w różny sposób) na PKP ortalionu (najlepszy gatunkowo był właśnie ten firankowo-wagonowy z nadrukiem „PKP”)
- najlepsze na świecie śpiwory i kurtki puchowe, szyte przez dziewczyny z wrocławskiego KW (nie Komendy Wojewódzkiej MO, tylko z Klubu Wysokogórskiego)

- .... aha, było też zdecydowanie lepsze niż dziś połączenie kolejowe z Sofią.

To połączenie wyglądało tak, że dwa lub trzy wagony (kuszetki) z Wrocławia podczepione były do pociągu jadącego bodajże do Kijowa. Pociąg ten najpierw zatrzymywał się na blisko trzy godziny w Krakowie (zdążyliśmy nawet w kilka osób przebiec na ówczesny Plac Wiosny Ludów, gdzie mieściła się najlepiej zaopatrzona w ówczesnej Polsce księgarnia górska i kupić trochę książek i map, które zdążyliśmy jeszcze nadać paczką do Wrocławia, aby tego nie ciągnąć przez bułgarskie góry), na dwie w Przemyślu, gdzie oczekiwał na pociąg z Warszawy do rumuńskiej nadczarnomorskiej Constancy. Do tego warszawskiego pociągu były doczepione nasze wrocławskie wagony, w których przez Lwów, Czerniowce i Suczawę dotarliśmy do Bukaresztu. Po dwóch godzinkach spędzonych na dworcu w stolicy Rumunii kolejny pociąg, którym dojechaliśmy (niestety w nocy i w związku z tym żadnych widoków) do Sofii.


W Sofii od razu przesiadka na pociąg jadący w stronę granicy bułgarsko-greckiej, do Kułaty. My wysiadamy kilka stacji wcześniej, w mieście Sandanski, leżącym u stóp Pirynu. Dojeżdżamy w nocy, jeszcze na stacji jakaś szybka herbata, kanapki z pasztetem „Mazowieckim”... i spanie, a przynajmniej próba zaśnięcia na choćby trzy-cztery godzinki. Próba brutalnie została przerwana przez jakiegoś umundurowanego, i – co gorsza – trzymającego w dłoni pistolet, służbistę. Zostaliśmy nie tylko skutecznie wybudzeni ze snu, ale i wyrzuceni z dworca (nie dyskutowaliśmy – wszak miał broń, z pyska toczył pianę, a i jego słowa nie były chyba słowiańskie). Na szczęście dworzec autobusowy był w odległości może dwustu kroków od kolejowego. Tam znowu szybka herbata – tym razem poranna – oraz znowu kanapki z „Mazowieckim”. I zostało nam już tylko czekanie na autobus. Przyjechał, zabrał naszą dziewiątkę i czterech, może pięciu miejscowych, odjechał z gościnnego Sandanski i po chyba dwudziestu minutach przywiózł nas do wioseczki Lilianowo, leżącej w dolinie Sandanskej Bystricy. Był to wtorek, 3 lutego 1987 roku.
Samej wioski już nie pamiętam. Nie tylko czas zatarł szczegóły. Autobus dowiózł nas do wsi gdzieś około godziny siódmej rano. Było jeszcze dość ciemno. O tym, że jest tam jakaś cerkiew dowiedziałem się później, studiując mapy i przewodniki nowsze od tych, którymi wtedy dysponowaliśmy. Gorzej, że zupełnie nie pamiętam wodospadu Popina L’ka (Popowa Łąka), obok którego przechodziliśmy. Możliwe, że nasz wzrok utkwiony był już w wyłaniające się z szarego porannego ćmoku pierwsze szczyty Pirynu. Ktoś nie wytrzymał i próbował to pierwsze piryńskie wrażenie zadokumentować na enerdowskiej błonie diapozytywowej (czyli slajdowej) ORWO UT21, ale szybko został przywołany do równowagi uwagą najbardziej wśród nas „doświadczonego” speca od górskiej fotografii, że „na pewno nie wyjdzie i szkoda klatki” (bo jeszcze szaro, bo mała mgiełka, bo cienie jakieś takie nie tego itp.). Też go posłuchałem, dlatego też mojego Zenitha TTL wyjąłem z plecaka dopiero wtedy, gdy dotarliśmy do schroniska „Jane Sandanski”. Teraz mogę sobie popatrzeć na mapę i zgrzytnąć zębami – bo nie tylko wodospad uciekł z pamięci, ale i skalisty wąwóz z ukrytymi wśród skał dwiema świątyniami, i całe niemal 12 km przejścia.
A schronisko „Jane Sandanski” nie zachwyciło. Nie było ono zresztą w tym dniu naszym celem. Mieliśmy dojść wyżej, do położonego 4 kilometry dalej, ale zarazem 530 m wyżej schroniska „Begovica”.
Schronisko nie zachwyciło, ale gdzieś w końcu trzeba było wykonać inaugurującą naszą wycieczkę fotkę. Pod obiektyw nawinęła się moja małżonka Bożena, być może marząca, aby dalszą drogę, do „Begovicy”, odbyć korzystając z takiego pojazdu.



Rzeczywistość okazuje się być jednak bardziej brutalna. Plecaki na grzbiet...



... i do góry...



... aby po niespełna dwóch godzinkach dojść do „Biegovicy”...


... skąd można już było, odpoczywając, upajać się widoczkami na zachodnią część Pirynu (widać chyba masyw Siniszko Biło – 2518 m n.p.m., ale głowy nie dam)...



... i czekać na kolejnych docierających do schroniska uczestników naszego wyjazdu – Romka i Dziamdziaka



Pierwsze popołudnie w Pirynie to odpoczynek bierny (opalający się Piotrek), półczynny (rozmowa Bożenki i Astronoma o dniach następnych)...



... i czynny (nieudokumentowany fotograficznie), czyli impreza z miejscowymi, podczas której moja małżonka (w cywilu mgr farmacji) uratowała jednemu z Bułgarów kciuka, a być może i całą dłoń. Chłop siekierą dość parszywie skaleczył się w palec, po czym zaczął go samodzielnie leczyć. Z jego relacji wynikało, że najpierw nasikał na ranę, później posypał popiołem z węgla drzewnego, następnie znów sik, ale tym razem już delikatniejszy aby popiołu całkowicie nie wypłukać, i na koniec na to wszystko pajęczyna. Antybiotyki i środki przeciwbólowe zaczęły działać jeszcze w czasie imprezy (czy uśmierzenie bólu było też rezultatem konsumpcji przez pacjenta śliwowicy, nie wnikam?), wieczorem następnego dnia rana już wyglądała przyzwoicie – zmonitorowana została podczas kolejnej imprezy, o znacznie już mniejszej skali, gdyż kolejnego dnia mieliśmy dojść na ciężko do Tievnego ezera.

Zanim jednak nastąpiło to przejście w samo serce Pirynu, w środę 4 lutego, uskuteczniliśmy z leciutkimi plecakami bardzo sympatyczną wycieczkę z „Biegovicy” w stronę grani Kuklite, przy okazji robiąc pierwszy piryński szczyt na naszej trasie – Golena 2633 m n.p.m. Miał to być dzień na sprawdzenie, jak nam „trzymają” raki, jakim tempem idzie grupa, jaki jest śnieg itp., a przede wszystkim po to, aby zobaczyć z góry trasę naszego przejścia doliną Begovicy do kotła Tevnego ezera.

Z „Biegovicy” „wbiegliśmy” na płaskowyż Soliszczeto. Tuż nad schroniskiem pojawiły się pierwsze widoki na centralną część Pirynu. Wtedy po raz pierwszy zobaczyliśmy wierzchołek Kamienicy (2822 m n.p.m.), który był celem naszego wyjazdu.


Lepiej też było widać to, czym już się zachwycaliśmy dzień wcześniej, czyli leżącą w zachodniej części masywu grupą Siniszko Biło.



Trochę przeraziły nas chmury zasnute nad doliną Sandanskiej Bystricy. Na szczęście siadły i kilka następnych dni mieliśmy pogodowo naprawdę udanych.



Na planinie Soliszczeto zbiórka zastępu...





... ale zamiast „kolejno odlicz” komenda „kolejne fotki”. Najpierw górna część doliny Biegovicy i zamykająca ją od wschodu najwyższa w tej części Pirynu Kamienica (2822 m n.p.m.), nieco niższy szczyt Biegowa Kapa (2550 m n.p.m.) i po prawej, wyłaniający się zza lasu, Zybyt (2688 m n.p.m.).



A tu jeszcze raz Kamienica, Kamienicka Kukła (Lalka Kamienicy - 2690 m n.p.m.) oraz Biegowa Kapa. A na pierwszym planie ganiający po Soliszczeto z aparatami w dłoni Dziamdziak i Wacek



Główną uwagę zwracała jednak grań Prevała, ograniczona od południa szczytem Kuklite (2686 m), od północy zaś szczytem Zybyt (2688 m)



Natomiast patrząc z Soliszczeto na zachód (może na południowy zachód – już dobrze nie pamiętam) widać było jakieś góry już po ówczesnej jugosłowiańskiej stronie granicy – dzisiaj w granicach Macedonii. Jakie – nie wiem (od rozwikłania tej zagadki są lepsi spece na tym forum).



Po sesji fotograficznej na Soliszczeto wędrujemy po tym płaskowyżu na wschód, w stronę grani Prevała i szczytu Kuklite.



Kuklite robi wrażenie, a może inaczej? – zaczynamy mieć chętkę na ten szczyt.



Po drodze jednak wskakujemy na wysoki, ale w krajobrazie Pirynu mało wybitny szczyt Golena (2633 m n.p.m.), z którego najfajniejsze były widoki. Po raz pierwszy zobaczyliśmy wtedy masyw leżącego już w Grecji Olimpu.



Z Goleny ujrzeliśmy też najwyższe partie samego Pirynu, czyli Wichren (2915 m n.p.m.) i Kuteło (2908 m n.p.m.), wraz z całym ich otoczeniem.



I nasze wejście na Kuklite – nasz szczyt okazał się być południowym wierzchołkiem tego szczytu. Na główny nie dało się wejść (sprzęt asekuracyjny został w schronisku). Na Kuklite nie wchodzi też żaden szlak „letni”, więc nie chcieliśmy już na samym początku wyprawy ryzykować. Ale i ten południowy pipancik, niższy od głównego wierzchołka o ok. 15 m, nas usatysfakcjonował.



Gdzieś wtedy zrobiłem to zdjęcie na Kamienicę, Lalkę Kamienicy, Przełęcz Kamienicką (Biegowiszka Porta), Momin Dwor i Dżengał (2730 m n.p.m. – to duże za Momin Dworem).



A potem zejście do schroniska, gdzie krótki kurs (a właściwie powtórka) wiązania węzłów [kierownik naszej wyprawy, Andrzej „Astronom”, chciał być bardzo metodyczny], równie krótka impreza z miejscowymi. I spanie..., bo następnego dnia czekało nas przebijanie się do kotła Tiewnego ezera przez wysoką przełęcz Biegowiszką Portę (2510 m n.p.m.).

A zatem jest czwartek, 5 lutego, i rozpoczynamy wędrówkę. Idziemy do góry wzdłuż tyczek i śladu nart, założonego przez któregoś z naszych Bułgarów (ale z pewnością nie tego z obsikanym palcem).



Na przełęczy Biegowiszka Porta zasłużony odpoczynek...



... i odpalenie chyba pierwszych dwóch wrocławskich palników na kartusze (był to rok 1987! kiedy tego rodzaju sprzęt był u nas totalną egzotyką; jeden z palników nabył Wacek podczas jakiegoś swojego stypendium w ówczesnych Niemczech Zachodnich i cieszył się swym skarbem do 14 lutego 1987 r., kiedy to na dworcu kolejowym w Sofii, w ostatnim dniu naszego pobytu w Bułgarii ktoś mu ten palnik podprowadził; złodziej wcześniej zdjął z palnika menażkę z gotującą się wodą (a jak sobie załatwiał później ten złodziejaszek kartusze, to tylko madonna z Rilskiego Monastyru raczy wiedzieć). Herbatka zaparzona została oczywiście na wodzie wytopionej z piryńskiego śniegu.



I tak delektując się smakiem herbaty Ulung (kto ją jeszcze pamięta?) patrzyliśmy sobie na kocioł Tievnego ezera, w głąb którego mieliśmy zaraz zejść, gdy naszą uwagę zwrócił lecący w kierunku wschodnim helikopter. Coś tam pod jego kadłubem wisiało. Zniknął za ramieniem Kamienickiej Lalki, straciliśmy go z oczu. Za chwilę pojawił się znowu, ale bez tego „czegoś” pod kadłubem.



Dopiero gdy dotarliśmy do schronu nad Tevnym ezerem dowiedzieliśmy się, co transportował ten helikopter. Zapewne schroniskowy z „Begovicy” poinformował kogo trzeba o naszej grupie, i o tym, że w schronie nad Tevnym ezerem planujemy spędzić kilka dni. Rezultat był taki, że wysłany nad Tevne ezero helikopter zrzucił nam kilkadziesiąt równiutko poucinanych pni drzew, którymi w schroniskowym piecu mogliśmy przez cały nasz pobyt hajcować do woli.

Ta fotografia wykonana została już w piątkowy poranek (6 lutego), gdy zrobiliśmy sobie na lekko rekonesans po szczytach i graniach otaczających kocioł Tevnego ezera od wschodu i północy.



Najpierw obowiązkowe podejście na Momin Dwor i po drodze taki widok na Dżengała (2730 m n.p.m.) i jego zęby



Już na grani pomiędzy Momin Dworem (niewidoczny po lewej) a Waliawiszkim Czukarem (2664 m n.p.m. – po prawej). W tle widać zamykającą kocioł Tevnego ezera od strony wschodniej grań biegnącą od Momin Dworu do Małej Kamienicy (2679 m n.p.m.) na odcinku od południowego ramienia Momin Dworu (po lewej) przez przełęcz Kralevdworską Portę dolną, Kralev Dwor (2680 m n.p.m. – to ostre w środku), Kralevdworską Portę górną i północne ramię Malej Kamienicy (po prawej).



Z podejścia n Momin Dwor widoki są rzeczywiście zacne. Zarówno na północny zachód, w stronę Wichrenu (a po prawej na ostatnim planie to najwyższe na Półwyspie Bałkańskim góry Riła, kulminujące w Musale (2925 m n.p.m.)...



... jak i na południe i południowy wschód – dobrze widoczny Kralev Dwor i północne ramię Małej Kamienicy. Dostrzec też można południowo-wschodnie partie Pirynu, m.in. szczyt Demirczał (2673 m n.p.m.) i cos jeszcze dalej – to już może jakaś Grecja?



Wreszcie ostatnie podejście na Momin Dwor,



skąd chyba najlepiej widać uzębionego Dżengała...



... oraz Kamienicę i wiodącą na nią od północy grań – tak naprawdę, to właśnie ta grań była celem naszej wyprawy



i jeszcze fotka z Momin Dworu, która nie wiem co przedstawia – może ktoś pomoże? Możliwe, że południowo-wschodnia część Pirynu, ale głowy nie dam!



Z Momin Dworu powrót do naszego schroniku. Dalej jesteśmy w nim sami, tylko w nocy jakieś gryzonie zaczynają chrobotać. Na bank nie sZczury, ani myszy, bo w czwartym, czy też piątym dniu się odważyły się nam pokazać... a ogonki miały puszyste.

Kolejne dwa dni (sobota i niedziela, czyli 7 i 8 lutego) to z jednej strony atak liczniejszej podgrupy (7 osób) na Kamienicę, z drugiej zaś moje i Bożeny przebieżki na łatwiejsze szczyty w bezpośrednim sąsiedztwie kotła Tevnego ezera. Dla mojej ślubnej był to pierwszy zimowy wyjazd w wyższe góry, pierwszy raz miała raki na nogach, czy też czekan w dłoni. Kamienica to zdecydowanie za trudny cel, jak „na początek”... Okazało się, że też i za trudny, niestety, dla pozostałych członków naszej ekipy.

A zatem w sobotę i niedzielę wchodziliśmy z Bożeną na Waliawiszki Czukar (2664 m n.p.m.), szczyt znajdujący się w głównej grani Pirynu...



... z którego również rozpościera się ładny widok na Dżengała



... oraz na biegnącą ku północnemu zachodowi główną grań Pirynu z dominującym Wichrenem



Nasza wycieczka na Waliawiszki Czukar była też o tyle ważna, że wyczailiśmy z Bożenką lepsze zimowe zejście do doliny Demianicy, niż wyznakowane przejście przez mocno wciętą i zimą niebezpieczną Przełęcz Mozgowiszką (Mozgovishka Porta). W masywie Waliawiszkiego Czukaru znajduje się szczerbina ze stosunkowo łatwym i bezpiecznym zejściem na stronę północną grani. Przy okazji jest widokowa – na ostatnim planie góry Riła.



Właziliśmy też na obydwie Kralodworskie Przełęcze – Niżnią i Wyżnią. Na szczyt samego Kralev Dworu się nie zdecydowaliśmy.



Największą frajdę było jednak łażenie po najbliższych okolicach schronu. Ślady na śniegu tylko nasze... Przeręble w jeziorze tylko przez nas wyłupane czekanami... Schron tylko nasz.... Wschody i zachody słońca z tego miejsca też tylko nasze... I nasz polski pasztet „Mazowiecki”, smakujący jak nigdzie indziej, też tylko nasz...

Naszą górą w tych dniach był Momin Dwor (ten po lewej), oddzielony od Kralev Dworu Kralevdworską Przełęczą. Nasze Tevne ezero ukryło się pod śniegiem, gdzieś tam na lewo od schronu.







Ten szczyt za schronem to Waliawiszki Czukar



A to natomiast widoczki na kocioł Tevnego ezera z podejścia na którąś z Kralevdvorskich przełęczy. Na pierwszej z tych fotografii widać ładnie gniazdo Wichrenu.





A Kamienica kusiła... Kusiła przez okna schronu...



[na parapecie kultowe wyroby PRL-owskiego rzemiosła – raki i czekan od Walkosza z Bielawy; inni mieli jeszcze produkty Kazia „Mordercy” z Kielc, i tylko Tomek, czyli Dziamdziak, miał oryginalnego austriackiego Stubaia]

... Kamienica kusiła też sprzed wejścia do schronu...



Ale się nie dała. Decyzję o odwrocie przyśpieszyła lawina, z którą poleciał Romek, w trakcie przedwieczornego zejścia z przełęczy między Małą Kamienicą a Kamienicą. Rok z niewielkim okładzikiem później został chrzestnym naszej pierworodnej córki, Uli, stąd wniosek, że przeżył...

W poniedziałek, 9 lutego, zbieraliśmy siły na wymarsz ku północy, w stronę doliny Demianicy. Ktoś tam jeszcze pewnie właził po raz któryś na Momin Dwora, Waliawiszkiego Czukara. Był też czas na lekturę. Pamiętam, że czytałem wtedy relację z zimowego przejścia rumuńskich Fogaraszy, zamieszczoną na łamach gliwickiego „Harnasia” – takie plany na zaś, które jednak nie wypaliły...



Poranek 10 lutego, opuszczamy nasz schron, żegnamy się z nornicami, a może jakimiś innymi mieszkankami naszego schronu, i pakujemy się któryś już raz na Waliawiszkiego Czukara, aby przez „odkrytą” przez nas przełęcz zejść na drugą stronę grani.





Po trwającym chyba gdzieś z godzinę zejściu, gdy mimo wszystko trzeba było uważać, aby coś białego na nas nie zjechało, znaleźliśmy się w bezpiecznym miejscu. Tak trochę dla odreagowania wlazłem sobie na taki oto kamol... i jest to chyba najstarsze udokumentowane świadectwo boulderingu w Pirynie. A tam z tyłu znany już nam od kilku dni Dżengał.



Schodzimy niżej, a tam po prawej pojawia się taki oto widoczek na kolejną efektowną grań w Pirynie, czyli grań Strażite.



Na razie ją ignorujemy i zmierzamy niżej, i niżej, do schroniska „Demianica”. Kosówka pod śniegiem, ale limby ogromne...





I wreszcie schronisko „Demianica”, położone na wysokości 1895 m n.p.m.



Mieliśmy jeszcze kilka godzin światła. Decyzja zapadła szybko. Idziemy popatrzeć – już na lekko – na grań Strażite. Nie wracaliśmy jednak do góry, tylko od schroniska poszliśmy na wschód, doliną Gaziejskiego potoku do Kotła Gaziejskiego (Gaziejski Cirkus). O właśnie tą doliną po lewej stronie fotki. A na drugim planie wyłazi już grań Strażite, ograniczająca Kocioł Gaziejski od strony wschodniej.



Jesteśmy już w dolnej części Kotła Gaziejskiego, skąd roztacza się taki widok na grań Strażite.



Za naszymi plecami, ponad doliną Demianicy, grzbiet ograniczający od zachodu dolinę Demianicy. Na ostatnim planie chyba Małka Todorka (2712 m n.p.m.) i Todorin Vrch (2746 m n.p.m.)



Ale najładniejsze, co nas czekało w tym dniu, to dopiero miało się zacząć. Zbliżał się zmierzch, słońce gdzieś tam już sobie polazło, a grań Strażite zaczęła żyć. Jej barwy co chwila się zmieniały, cienie w żlebach wręcz drgały. Niesamowite... Niestety, reprodukcje dawno już zrobionych przeźroczy, nawet w małym stopniu nie oddadzą tego, co wtedy się w Gaziejskim Cyrku działo.





Do schroniska wróciliśmy oczywiście już w nocy.
Rano wczesna pobudka, bo w planie znów wysoka przełęcz Todorina Porta (2580 m n.p.m.), przez którą planowaliśmy się przedostać do leżącej już u podnóża Wichrenu doliny Byndericy. Wyjście ze schroniska, dość rzadki las, znowu limby, znowu kosówka pod śniegiem... Znaleźliśmy się w Wasilaszkim Kotle leżącym u podnóża Małki Todorki.



Idziemy w górną część tego kotła w stronę Todorinej Porty i stop... Nie da się... Widać, że śnieg zacznie zjeżdżać. Ściana śniegu wystawiona na wschód i południe... Krótka dyskusja, raki na nogi, czekan do łapy i do góry... Ale nie na przełęcz, tylko lekko wypukłym zboczem bezpośrednio na szczyt Małki Todorki. Z ciężkimi worami na plecach oczywiście. I wleźliśmy na te 2712 m.

Nagrodą był taki widok...



Czego tam nie ma? Może po obrobieniu w Photoshopie tej fotografii wkleję w nią nazwy widocznych kotłów, przełęczy i szczytów...

A z północnego zachodu uśmiechał się do nas Wichren ze swoimi towarzyszami.



Z Małej Todorki schodziliśmy do doliny Byndericy przez Todoriną Portę, po grani szło się dobrze, było bardzo bezpiecznie. Trochę obawialiśmy się o śnieg po północnej stronie przełęczy, bo musieliśmy tamtędy schodzić do doliny Byndericy, ale było OK. Zbocza były zacienione, więc i śnieg był mocno związany. Jedyny minus to taki, że im niżej, tym Wichren robił się taki jakiś coraz bardziej kurduplowaty.



Wreszcie schronisko „Wichren” (1950 m n.p.m.), a w nim dwa noclegi, już nasze ostatnie w tych górach.



W schronisku można było kupić tylko wino, które zostało nabyte w ilości statystycznie jednej butelki na głowę, oraz kompoty brzoskwiniowe – tych to statystycznie per capita były chyba ze trzy słoiki. Tak nam po trwającej już półtora tygodnia wyprawie brakowało owoców, warzyw, i czegokolwiek, co nie znajdowało się w blaszanych puszkach, że pochłanialiśmy te kompoty w ilościach przeogromnych. Sensacji – o dziwo – nie było, mimo, że niektórzy z nas dali się skusić na gotowane „w mundurkach” ziemniaki, którymi zostaliśmy poczęstowani przez przebywających w schronisku bułgarskich alpinistów.

W kolejnym dniu pogoda się zepsuła. Z planów, aby połazić gdzieś u podnóża Wichrenu wyszły nici, ale dzień nie został tak całkiem stracony. Zeszliśmy najpierw do schroniska „Bynderica” (1810 m n.p.m.), stamtąd do dolnej stacji wyciągu na Todorin Wrch. Wjazd na górę i tam trochę łażenia. Później powrót do „Wichrenu”.

I wreszcie ostatni dzień w górach – piątek, 13 lutego. Mimo, że piątek, i że trzynastego, to wszystko zagrało. Największe limby, jakie dotąd widziałem w życiu, na naszą drogę się nie przewróciły...



Do Banska dotarliśmy sprawnie, można było nawet to urocze miasteczko pozwiedzać.





Pociąg, a była to chyba najbardziej śmiało poprowadzona na Bałkanach wąskotorówka, nam nie uciekł. I tak cichutko w piątkowy wieczór opuściliśmy Bansko, a zarazem i Piryn (szkoda tylko, że nigdy tam nie wróciłem). Dotarliśmy do Sofii (gdzie Wacek miał tę swoją przygodę z palnikiem), stamtąd samolotem do Pragi (wówczas przygodę mieliśmy już wszyscy, albowiem nasz samolot miał awaryjne międzylądowanie w Brnie), z Pragi pociągiem do Lichkova. Stamtąd na piechotę do Międzylesia. Tam w polskiej wreszcie knajpie po trzy obiady na faceta i dwa na nasze dziewczyny. Na dworzec w Międzylesiu i w końcu do Wrocławia, gdzie pod dworcem czekały na nas niebieskie tramwaje, które rozwiozły nas pod nasze mieszkania. I to byłoby na tyle...


Ostatnio zmieniony przez Krzysztof Jaworski dnia Pon 3:03, 25 Lut 2013, w całości zmieniany 5 razy
Zobacz profil autora
Pudelek
Ogarniacz kuwety

Dołączył: 10 Lis 2006
Posty: 5794
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Oberschlesien, Kreis Nikolei und Kreis Oppeln

pięęękne! a po niektórych zdjęciach nawet nie widać, że mają już swoje lata, kolory takie świeże!
Zobacz profil autora
Piotrek
Administrator

Dołączył: 21 Kwi 2006
Posty: 5888
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Żywiec/Sienna

Przyjemnie poczytać taką relację-wspomnienie Smile
Skoro skanujesz stare przeźrocza to pewnie będzie więcej relacji?
Zobacz profil autora
TNT'omek


Dołączył: 26 Mar 2008
Posty: 366
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kęty

Rewelacyjna opowieść !
Łaziłem trochę po Pirynie latem ,ale ta zimowa wyprawa- cudo!
W dobie super-technologii, samowyginające się zęby raków od Kazia-Mordercy robią wrażenie Very Happy. Dziękuję za tą relację i czekam na następne. Pozdrawiam.
Zobacz profil autora
Krzysztof Jaworski


Dołączył: 10 Sty 2012
Posty: 162
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Świebodzice

Dziękuję Wam, że się Wam podobały moje wspomnienia Smile

Swoją drogą, fajnie, że istnienie rozmaitych forów dopinguje do pogrzebania w pamięci oraz w zbiorach posiadanych fotografii i następnie przelania rezultatów tej grzebaniny poprzez klawiaturę na monitor. Ktoś powiedział, że uczestnictwo w forach to pewien szczególny przypadek ekshibicjonizmu, ale z drugiej strony, nie wiem czy ot tak, wyłącznie dla siebie, wchodziłbym w stosy fotek, map, przewodników by sprawdzić w nich, czy to po lewej to szczyt takiataki, ten mniejszy z prawej to może tenaten, i czy ma tyleatyle metrów, czy też - jak mówi inna mapa - jest o x metrów wyższy. Pewnie sądziłbym, że to wszystko pamiętam (i będę pamiętał!!!). A tu figa, dopiero próba opisania poszczególnych fotek uzmysłowiła mi, jak wiele z głowy wyleciało i jak często to co na zdjęciu, należy skonfrontować z mapami.

I dzięki Wam za to.

Krzysiek


Ostatnio zmieniony przez Krzysztof Jaworski dnia Wto 17:02, 26 Lut 2013, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
TNT'omek


Dołączył: 26 Mar 2008
Posty: 366
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kęty

Czekam niecierpliwie na relacje z kolejnych wypraw Smile
Zobacz profil autora
Hanuś


Dołączył: 12 Maj 2011
Posty: 188
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Mikołów

Niesamowita relacja!
Zobacz profil autora
joda005


Dołączył: 02 Wrz 2015
Posty: 1
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Pytanie z innej beczki. Czy zostały na świecie jeszcze jakieś rekordy dotyczące wspinaczki do pobicia. Czy sa jeszcze jakies gory do zdobycia?
Zobacz profil autora
Zimowy trawers Pirynu (luty 1987 r.)
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Odpowiedz do tematu