Forum BESKIDZKIE FORUM Strona Główna


BESKIDZKIE FORUM
"Tak mnie ciągnie do gór..."
Odpowiedz do tematu
Stara Płanina wrzesień 2015
Piotr Kubowicz


Dołączył: 07 Lis 2015
Posty: 4
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kraków

Wstęp
Gdy planowałem wyprawę w bułgarskie góry, w polskim Internecie bardzo ciężko było znaleźć jakiekolwiek wartościowe informacje w tym temacie. Problemem było nawet dowiedzenie się, w które miejsca warto jechać, nie mówiąc o tym, czym dojechać, jak tam spać itp. Nieocenioną pomocą okazał się temat Stara Płanina 3-11.08.2012 na tym właśnie forum – do tego stopnia, że wybrałem trasę różniącą się w niewielkim stopniu. Piszę, żeby niejako oddać przysługę i licząc, że podobnie moje notatki okażą się dla kogoś przydatne.

Zdjęcia: [link widoczny dla zalogowanych]

Góry
Polska Wikipedia daje najbardziej podstawowe dane o Starej Płaninie – nie będę się powtarzał. Subiektywnie – góry są przepiękne. Podobało mi się, że są trawiaste jak Bieszczady, przez co cały czas ma się widok dookoła, ale są sporo wyższe. Wysokość jest odczuwalna, ponieważ pasmo nie jest szerokie i ma się widok na spore obniżenie dookoła. Urozmaiceniem jest dużo wystających skałek o ciekawych formach, z wyjątkiem Weżena nie są to nudne omszałe gołoborza jak w Niżnych Tatrach, w ogóle Stara Płanina ma różnorodne uformowanie; jeśli ktoś wyobraża sobie nudne kopki po 2000 m, to się myli. Niektóre skały przypominały mi nawet polskie Sudety. W okolicy Botewa są wodospady. Mimo wysokości góry nie mają charakteru alpejskiego, większość podejść jest łatwa, a wiatr powyżej 2000 m jest spokojniejszy niż w Polsce na szczycie Babiej Góry. Mają też duży potencjał jeśli chodzi o układanie wycieczek: główna grań idzie przez całą szerokość Bułgarii, w dużej części jest zagospodarowana turystycznie, tzn. zawsze w odległości dnia spokojnego marszu jest schronisko, idąc nią nie traci się też zbytnio wysokości, nie trzeba schodzić do siedzib ludzkich. Jest to też wada – ciężko uzupełniać zapasy.

Na szlaku
Zaleta: we wrześniu jest bardzo pusto. Można iść cały dzień i spotkać jedną osobę – zwłaszcza w tygodniu. Podobno wrzesień to dla Bułgarów okazja do wypadu nad morze, bo nie ma turystów z zagranicy; góry nie cieszą się wtedy dużą popularnością. Kolejną zaletą jest sporo miejsc, gdzie oznaczona jest woda nadająca się do picia. Piękna dzika przyroda, ciągle widziałem np. ptaki drapieżne. Szlaki są w miarę dobrze oznaczone i zazwyczaj dobrze wydeptane – dlatego, że używane są gospodarczo, przez pasterzy. Czasem krowy i konie wydeptują szlak aż za bardzo i zdewastowanym szlakiem ciężko się poruszać – ale to wyjątki. Nie miałem problemu z dzikimi psami. Orientację w terenie pozbawionym drzew i skał bardzo ułatwiają tyczki – oznakowanie szlaku zimowego. Czasem pokrywa się on ze zwykłym szlakiem turystycznym, ale czasem nie – bez mapy bywa ciężko. Niebezpieczny jest brak zasięgu komórkowego – czasem przez kilka godzin marszu.

Co do map - egzemplarze bułgarskiego wydawnictwa Domino kupiłem w sklepie podróżnika PTTK w Krakowie. Są dobre, bo obok znakowanych szlaków pieszych są też bardzo szczegółowo zaznaczone słupki szlaku zimowego. Można też zobaczyć miejsca, gdzie jest dostępna woda. Do zaznaczonych schronisk i schronów trzeba podchodzić z rezerwą – nie wszystkie działają, a te schrony, które widziałem, przerażają warunkami. Szlaki zazwyczaj dobrze zaznaczone, choć zdarzają się niespodzianki – przykład później.

Schroniska
Standard mniej więcej taki, jak w polskich obiektach. Na plus, że w zasadzie zawsze jest w nich prąd i ciepła woda – nawet na sporej wysokości. Wody pitnej nie trzeba kupować – zawsze ta z kranu jest zdatna do picia. Na minus, że różnie jest z jedzeniem – czasem jedyny prowiant, jaki można kupić, to chleb (bywa, że nie ma nawet konserw); czasem obsługa bardzo wybrzydza, że musi gotować dla gości, którzy nie zapowiedzieli się telefonicznie. Ciężko z komunikacją w jakimkolwiek języku, a po bułgarsku wyzwaniem jest dogadanie się w kwestiach bardziej skomplikowanych niż ile za nocleg albo co jest w menu. I tak dobrze, że znam rosyjski, bo byłem w stanie zgadywać, co miejscowi do mnie mówią.

Bułgarski Internet jest bardzo nieprzyjazny jeśli chodzi o zdobywanie informacji o schroniskach. Układając wycieczkę korzystałem ze strony [link widoczny dla zalogowanych] za pośrednictwem tłumacza Google'a – przy niektórych schroniskach jest napisane, czy jest prąd, rzadko, czy jest jedzenie. Czasy przejścia zbyt optymistycznie, chyba że pisane pod wyczynowców bez jakichkolwiek plecaków. Tradycyjnie, jak przy całym tamtejszym Internecie, wielkim znakiem zapytanie jest aktualność danych – nie ma dat. Na szczęście to, czego tam szukałem, po przyjeździe okazało się odpowiadać sytuacji faktycznej. Już na miejscu lokalsi polecili mi [link widoczny dla zalogowanych] – też tylko po bułgarsku, wygląda, że strona nowsza, ale niekompletna.

Jak dotrzeć
Zdecydowałem się na LOT z Warszawy do Sofii. W obie strony koszt 930 zł, po drodze bez problemów. W Sofii w miarę znośnie da się wydostać z lotniska do centrum metrem. Ponure i bezładne dworce autobusowy i kolejowy są kawał od centrum, trzeba przesiadać się metrem. Od razu ostrzegam: nie ma co patrzeć w Internecie na bułgarskie rozkłady. Te dotyczące autobusów są nic nie warte i boleśnie się o tym przekonałem (nie było firmy, która miała obsługiwać połączenie). Strona kolei wygląda znośnie, ale też nie ma co na niej polegać – bułgarskie koleje wydają się specjalizować w niezapowiedzianych zmianach rozkładów z powodu remontów. Bilety są za to tanie. Moja porada: dać sobie w planach pół dnia zapasu i założyć, że wybranego połączenia zwyczajnie nie będzie.

Dzień pierwszy, piątek, 28 sierpnia
Przylot do Sofii. Upatrzonego autobusu nie ma, więc przejazd pociągiem do Kazanłyku. Na miejsce pociąg dociera późnym wieczorem, nie ma co liczyć na wyprawę gdzieś dalej, na szczęście poznany w pociągu Bułgar ma kuzyna na miejscu, który zna hostel. W mieście dobrze zaopatrzony hipermarket Billa i niewiele poza tym.



W restauracji jadłem chyba najlepsze jedzenie podczas całego pobytu – a nigdy nie trafiłem na coś, co by mi nie smakowało.

Dzień drugi, sobota
Dotarcie do oddalonej o 10 km miejscowości Szipka okazuje się nie lada wyzwaniem. Są autobusy bezpośrednio na przełęcz, ale jadą z daleka, bywają opóźnione i może w nich nie być miejsc. Są też częstsze (chyba więcej niż jeden na godzinę) autobusy do miejscowości, ale stamtąd transportu na przełęcz już nie ma i trzeba iść na piechotę. Ostatecznie stanęło na drugiej opcji. W samej Szipce nie ma właściwie nic oprócz zabytkowej cerkwi w podzięce Rosjanom przyciągającej wielu turystów.



Szlak na przełęcz Szipka trochę monotonny, głównie lasem, ale pod koniec ładne widoki z góry Orle gniazdo na opadające w dolinę stoki – można już sobie wyrobić pojęcie o potędze tych gór. Mimo wszystko lepiej chyba wyjechać na przełęcz autobusem. Monumentalny pomnik bitwy – co kto lubi. Hotel górski przy przełęczy ma o dziwo rozsądne ceny, spokojnie można się w nim zatrzymać, obok restauracja. Na samej przełęczy jest też skromny kiosk, ale na zakupy spożywcze nie ma co liczyć.




Dzień trzeci, niedziela
Droga zazwyczaj otwartym terenem, tylko czasami lasy. Z tyłu cały czas widać przełęcz i Buzludżę, z przodu trawiaste dwutysięczniki.




Po drodze Uzana – z miłym i dobrze zaopatrzonym schroniskiem, warto uzupełnić zapasy. W lesie spotkanie z mocno przestraszonym dużym zwierzęciem – chyba sarną. Nocleg w schronisku Partizanska pesen – tu klimat PRL-owskiego ośrodka wypoczynkowego, a nie schroniska górskiego. Umiejscowione głęboko w lesie, na widoki nie ma co liczyć.

Dzień czwarty, poniedziałek
Przez cały dzień dużo otwartej przestrzeni i ładnych widoków.





Schronisko Mazałat – z panią z obsługi strasznie ciężko się dogadać, nie ma jedzenia, ma chociaż wrzątek. Przy wychodzeniu spotkanie z podróżującym Bułgarem mówiącym po angielsku – okazuje się, że chyba doszło do nieporozumienia, bo w schronisku rzekomo da się zjeść szopską sałatę. Trudno, za późno, trzeba iść dalej. Mimo wszystko Mazałat wygląda na znacznie lepsze miejsce do nocowania niż Partizanska pesen.

Szlak wspina się spokojnie, dopiero przy sporej grupie skalnej Peeshti skali pojawiają się łańcuchy – w słoneczną pogodę trochę na wyrost, ale wyobrażam sobie, że po deszczu są nieodzowne.




Na wysokości około 2000 m rozległe wypłaszczenie zajęły krowy – teren „zaminowany”, a do tego trochę strach przejść widząc, jak bodą się młode byczki. Pasterz pokazuje, żeby nie bać się i iść – ostatecznie nic się nie stało. O dziwo nie gryzą muchy – to chyba zasługa latających wszędzie jaskółek. Ze szczytu piękny widok w tył i do przodu – w końcu widać majestatyczny Botew.



Długie zejście do schroniska Mandrata. Tam warunki takie sobie – jest prąd i ciepła woda, ale łóżka niezbyt wygodne. Za to obsługa bardzo uprzejma – właściciel mimo późnej pory zaoferował ciepły gulasz. Odrzuciłem zaproponowane konserwy i żałowałem do końca wycieczki – było to ostatnie miejsce, gdzie dało się kupić coś do chleba!

Dzień piąty, wtorek
Początkowo szlak na Botew kluczy i jest mało widoczny. Wejście trochę dziwne – pokonuje się ogromne podejście, ale nie czuć tego – jest dużo wypłaszczeń, nie ma niebezpiecznych miejsc, dopiero pod koniec widać jakieś przepaście.



Widoki piękne – z tyłu góry, z przodu Botew i dalszy Weżen, po bokach dużo niższe góry i spore obniżenie. Wszystko psuje słaba widoczność, ale i tak na horyzoncie widziałem postrzępione góry – pewnie Riła. Niesamowity widok.




Schron Marinka zaznaczony na mapach to ściema – w środku zdewastowany, pasterze trzymają tam owce. Na szczęście niedaleko są drewniane stoły, gdzie można przysiąść i coś zjeść. Stamtąd do góry niedaleko, podejście jest dziwne – widać kamienistą drogę dla samochodów prowadzącą do pokracznego zespołu budynków na samym szczycie, obok szlaku ogrodzenie z drutem kolczastym, turysta czuje się jak intruz. Podejście do samego końca łatwe, do tego nie wieje mocno wiatr. Zabudowania to stacja TV i meteo – ale zasięgu komórek nie ma w promieniu kilku godzin marszu… Tablice ostrzegają, że turysta nie ma tu czego szukać, ale mimo tego pan z obsługi jest chętny użyczyć wrzątku.




Zejście do schroniska Raj – początkowo nie jest łatwo znaleźć właściwą ścieżkę, ale po chwili otwierają się piękne widoki na dolinę poniżej. Zejście robi się coraz bardziej strome i trudne – kilka miejsc z łańcuchami. Zdecydowanie nie dla osób z lękiem wysokości. Schronisko jest wyjątkowo położone z widokiem na największy w Bułgarii wodospad Rajsko pryskało i na sporą skarpę. Rzadka w Bułgarii niewygoda – do toalety i do prysznica trzeba się kawałek przespacerować ścieżką. Nigdzie w jego okolicy nie ma też zasięgu. Sporo gości, zwłaszcza w porównaniu z innymi miejscami.

Dzień szósty, środa
Łagodny i łatwy trawers do schroniska Wasił Lewski – strumienie, wodospady, widok na wielkie skalne bloki i urwiska tworzące południowe stoki Botewa.





W schronisku da się dostać ciepłą zupę, nie ma też problemu z ciepłą wodą, nowoczesna czysta łazienka. Budynek niewielki, co prawda nie ma widoków, ale jest przyjemnie. Zasięgu ponownie brak.

Dzień siódmy, czwartek
Warto przejść 10 minut i zobaczyć pobliski wodospad. Droga w kierunku szczytu Ambarica wiedzie przez piękny las bukowy. Potem las się kończy i zaczynają się schody – słabo oznaczony szlak przez boleśnie raniącą kosodrzewinę. Prawdziwa droga przez mękę. Dalej na szczęście zaczyna się porządna wydeptana ścieżka. Nad nią i pod nią na stromym stoku wypasają się stada koni, po ścieżce jeżdżą też wierzchem z towarami miejscowi.




Przełęcz przed Ambaricą – niesamowity widok na szpic Kupeny i oddalony Botew. Tuż obok w powietrzu zawisają drapieżne ptaki. Wieje tu dość mocno, grań jest stroma, ale nie niebezpieczna. Piękne dalekie widoki w każdą stronę.




Niżej ponownie sporo koni. Schronisko Dobriła na 1800 m – smutny widok, właściciel ogrodził spory teren płotem i zaczął budowę kilku nowych budynków. Klimat jak w Zakopanem – nic tylko uciekać. Odnawianie odnawianiem a po 14 obiadu nie udało się zjeść – ot takie godziny urzędowania.




Dalszy szlak do schroniska Dermenka nieciekawy – większość lasem – i niebezpieczny, bo kompletnie zdewastowany przez krowy albo samochody, nie daje oparcia nogom. Po przybyciu na miejsce niemiła niespodzianka – z powodu awarii nie ma dostępu ani do prysznica ani do toalet. Obsługa obiecuje, że będą dostępne rano, ale nie za bardzo idzie jej wierzyć – to pierwszy przypadek naprawdę nieuprzejmych ludzi w Bułgarii; ciężko u nich doprosić się nawet jedzenia, nie mają cierpliwości, żeby próbować się dogadać, więc urywają próby kontaktu. Schronisko to duży budynek idealny dla komunistycznych wczasów pracowniczych, pokoje są dość ponure, a w jadalni egzotyka – plakaty partii komunistycznej i kalendarz na rok 2015 ze Stalinem. Z jedzenia udaje się wywalczyć zupę soczewicową i szopską sałatę; zapasów jednak uzupełnić się nie da. W lodówce w szklanych buteleczkach naturalny jogurt – bardzo tłusty i dobry, choć wyjątkowo drogi – i piwo.




Dzień ósmy, piątek
O dziwo awaria usunięta – łazienki pozytywnie zaskakują standardem, którego ciężko się spodziewać na takiej wysokości. Droga do Przełęczy Trojańskiej jest widokowa i urozmaicona – czasem idzie płaskim otwartym terenem, czasem koło skałek jak na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Przy przełęczy socrealistyczne monumentalne rzeźby – aż szkoda aparatu na robienie zdjęć, lepiej to wygląda z daleka, gdy nie rozpoznaje się szczegółów.




Przejście do Koziej ściany jest drogą przez mękę ze względu na koszmarną kosodrzewinę połamaną przez krowy w sterczące zaostrzone paliki. Turystom tablice informacyjne odradzają przejście granią samej Koziej ściany – jest to podobno bardzo niebezpieczne. Szlak trawersuje w miarę bezpiecznie, po obejściu góry można zobaczyć w miarę dobrze największe skały. Dalej schronisko Kozia ściana – i wreszcie obsługa mówiąca po angielsku. Przerwa na posiłek – schroniskowy standard, czyli zupa soczewicowa i szopska sałata. Jest zasięg komórki, ale prąd podobno tylko w określonych godzinach. Obsługa jest bardzo pomocna i dobrze zorientowana w okolicy – radzi, żeby idąc dalej nie wybierać szlaku oznaczonego jako „bezpieczny” - traci się wysokość, a z powodu zniszczenia przez krowy i konie stał się bardzo zdradliwy. „Niebezpieczny” szlak prowadzi bardzo ciekawie, idąc raz po jednej, raz po drugiej stronie grani. W kilku miejscach trzeba mieć się na baczności, ale nie jest to też sport ekstremalny. Bliżej schroniska Echo szlak wiedzie już spokojnie.

Samo schronisko pięknie położone – przy grani, chowające się przed wiatrem wśród szczytów. Prąd i ciepła woda jest cały czas, ale żeby złapać zasięg trzeba się trochę wspiąć. Prysznic płatny, ale patrząc na położenie chaty nie ma co się temu dziwić. Znowu nie da się kupić zapasów, znowu do jedzenia tylko zupa soczewicowa. Obsługa miła, ale bariera językowa daje o sobie znać – próba wzięcia zupy na kolację kończy się zamówieniem zupy na śniadanie i przed snem pozostaje jedynie wcinanie suchego chleba i popijanie wodą.

Dzień dziewiąty, sobota
Zgodnie z poradami miejscowych ciekawszy od idącego dołem szlaku letniego jest szlak zimowy wspinający się na górę Jumruka. Jest dość stromo, pomaga umieszczona miejscami stalowa lina, ale nie powiem, żeby było niebezpiecznie. Widok ze szczytu wynagradza trudy wspinaczki.




Zejście prowadzi do połączenia ze szlakiem letnim, nie ma problemu z orientacją.



Wspinaczka na Weżen jest dość monotonna – w miarę jednolite lekkie podejście bez wyróżniających się miejsc.



Szczytowi brakuje nie tylko dwóch metrów do 2200 – jest kompletnie pozbawiony charakteru. Nie czuć, że jest się tak wysoko.



Do schroniska Weżen można dotrzeć nie wracając się – trzeba iść dalej i dopiero wtedy odbić żółtym szlakiem. W nagrodę tuż po odejściu od czerwonego szlaku czeka dobrze utrzymane źródło wody – według miejscowych najsmaczniejszej w okolicy. Północny stok ma zauważalnie inny charakter – las podchodzi znacznie, znacznie wyżej. Schronisko jest zbyt duże, żeby zachwycać – nie ratuje go nawet dobry widok na szczyt z polany przed nim. Dostępne jedzenie – zupa soczewicowa…



Dzień dziesiąty, niedziela
Moja mapa bułgarskiej firmy Domino pokazuje niebieski szlak od schroniska aż do miasta Klisura, gdzie jest stacja kolejowa. Zastanawiało mnie tylko, jak Bułgarzy rozwiązali przecięcie szlaku z główną drogą – czy zrobili nad nią jakiś mały mostek? A może droga jest w miejscu przecięcia poprowadzona trochę nad poziomem gruntu i przechodzi się pod wiaduktem? Okazało się – Bułgarska myśl inżynieryjna nawet nie starała się tego rozwiązać. Ale o tym później.

Podejście ze schroniska do przełęczy pod Weżenem jest mimo sporej różnicy wysokości wyjątkowo łatwe, za to niezbyt ciekawe. Podobnie jest z początku przy schodzeniu, dodatkowo łatwo się zgubić. Bez GPS-a i wgranej mapy z OpenStreetMap nie byłoby szans zrobić tej trasy. Robi się za to ładnie – ścieżka wiedzie doliną potoku porośniętą miejscami bukowym lasem, choć większość drogi idzie się łąkami. Pod koniec można podziwiać nawet widoki typowe dla Sudetów – porozrzucane ostańce skalne z czerwonej skały albo ogromne głazy.



Ścieżka kończy się barierką drogi szybkiego ruchu i wtedy wyjaśnia się przyczyna braku udeptania oraz jakiejkolwiek farby po drodze – Bułgarzy budując drogę po prostu szlak zlikwidowali… Po przeciśnięciu się obok barierki, przebiegnięciu przez drogę, zejściu odsłoniętym skalnym zboczem, dojściu bezdrożami do depresyjnego miasteczka i przejściu na jego przeciwną stronę ukazuje się zapuszczona stacja kolejowa – a obsługa obwieszcza, że nic nie wie o pociągach sprawdzonych wcześniej w Internecie. Pociąg do Sofii zupełnie spoza tamtego rozkładu udaje się w końcu złapać w sąsiedniej stacji. Refleksja po fakcie – trzeba było odpuścić sobie Weżen i iść z Echa do Klisury. Ciekawostka co do linii kolejowej: jest poprowadzona „ósemką” pod ziemią, żeby pociąg stopniowo nabrał wysokości.





W stolicy okazało się o dziwo, że ciężko znaleźć dobre bułgarskie jedzenie – wydaje się, że są na etapie fascynacji Zachodem, łatwiej znaleźć McDonald'sa albo włoską restaurację niż normalną lokalną kuchnię. Ogólnie dla mnie to miasto wielkich kontrastów – albo bieda, albo przepych, nic pośrodku. Ciekawe jest, że z wielu miejsc można zobaczyć dominującą nad okolicą dwutysięczną Witoszę.

Wycieczka była niesamowitą przygodą, jedną z wypraw, których się nie zapomina. Będę tęsknił za bułgarskimi górami.
Zobacz profil autora
tango


Dołączył: 14 Lis 2010
Posty: 78
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Bardzo ciekawa relacja! Smile
Zobacz profil autora
baskaa21


Dołączył: 10 Lis 2016
Posty: 3
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Twisted Evil
Zobacz profil autora
Stara Płanina wrzesień 2015
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Odpowiedz do tematu