Forum BESKIDZKIE FORUM Strona Główna


BESKIDZKIE FORUM
"Tak mnie ciągnie do gór..."
Odpowiedz do tematu
Leoganger Steinberge 3o.o9-3.1o.2oo9 - in statu nascendi
katmandu


Dołączył: 13 Lip 2009
Posty: 310
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław / Bystra Śląska

Druga część naszej wyprawy to pasmo Leoganger Steinberge, dużo bardziej malownicze niż Loferer, choć – jak się okaże – poza przepięknymi krajobrazami dostarczające solidną dawkę emocji.

środa, 3o.o9.2oo9

Po zimnym brzasku w namiocie… zwijamy obozowisko u stóp Loferer Steinberge i przejeżdżamy kilkanaście kilometrów na południe do miejscowości Leogang. W supermarkecie robimy jeszcze zakupy – pochłaniamy od razu przy samochodzie jogurty i zaopatrujemy się w różne schlebiające podniebieniu przysmaki, jak Coca Cola (no a jakże…), Pepsi Cola (też a jakże), pralinki bananowe (mniam), batoniki, a nawet ciasto! (konsumowane na wysokości 2051 m w środku nocy pod schroniskiem smakuje zupełnie inaczej niż na dole)

Po chwili dojeżdżamy do parkingu położonego dosłownie u stóp gór. Widok jest wprost bajeczny – gdzie się nie obrócę, tam landszaft prosto na opakowanie milki…







Znowu rozdzielamy się na dwie grupki – jednoosobowa delegacja w postaci Roberta podchodzi do schroniska krótszym szlakiem, a my w trójkę – Ala, ja i Grześ – idziemy dłuższym, najpiękniejszym podczas całego tego wyjazdu szlakiem.

Podchodzimy asfaltową drogą, najpierw mijając wysoko położone przysiółki, gdzie pozwalamy sobie zerwać smaczne gruszki i jabłka (o owocach w sklepie zapomnieliśmy), a następnie wychodzimy nad odsłoniętą dolinę, cały czas mając po prawej stronie widok na pasmo Steinernes Meer. Po około pół godzinie robimy krótki popas na ławeczce, gdzie siedzimy dłuższą chwilę, podziwiamy widoki, kontemplujemy prawdziwy teatr chmur, a ja odkrywam, co to znaczy polaryzacja w fotografii i o co tu właściwie chodzi… Wink



Po kolejnej pół godzinie osiągamy schronisko Lettlkaserhütte, położone na wysokości 1441 m. Trochę tu głośno, sporo ludzi, więc po krótkiej przerwie ruszamy dalej. I dopiero tutaj właściwie zaczynają się widoki, które sprawiają, że dosłownie coś aż ściska w gardle. Wychodzimy na niewielką polankę na wysuniętym ponad dolinę grzbiecie i zgodnie stwierdzamy, że to jedno z najpiękniejszych miejsc, w jakich się znaleźliśmy. Na wprost wzbija się majestatyczna góra Mitterhorn – popularny cel wspinaczkowy (ponad 20 wytyczonych przejść), posiadająca również kilka tras via ferratowych.





Od tej pory podchodzimy już dość ostro granią na przełęcz, a widoki dokoła są tak zajmujące, że zostaję daleko w tyle za współtowarzyszami i co chwilę przystaję na kontemplację. Po lewej w oddali wyłonił się najwyższy szczyt pasma – Birnhorn (2634).



Kilkanaście minut później z przełęczy krajobrazy jak żywcem wyjęte z albumów krajoznawczych – zachwycające tak bardzo, że aż nie chce się stąd odchodzić dalej… W oddali po lewej widzimy pasmo Loferer Steinberge – tam byliśmy zaledwie jeszcze wczoraj…



Dalsza droga okrąża Mitterhorn od północy bardzo kamienistą, ale przez większą część trawersującą zbocze Mitterhornu ścieżką. Prosta droga sprzyja tak ciekawej konwersacji, że co chwila zjeżdżam w dół po skalnym rumoszu. Pod koniec mijamy wejście do jaskini, umiejscowione kilka metrów nad szlakiem. Jedyne wejście prowadzi prosto w górę, skąd woda wypływa po przepięknym dywanie z mchu. Jest tak nieskazitelny, że rezygnujemy z drapania się po nim do środka jaskini, żeby nie niszczyć tego arcydzieła.

Schronisko Passauer Hütte osiągamy późnym popołudniem i zastajemy na tarasie Roberta, pichcącego coś smakowitego. Zgodnie z przewidywaniami, jesteśmy dzisiaj jedynymi gośćmi. Schronisko jest przepięknie położone – przycupnięte na skalistym siodle pomiędzy strzelistym Mitterhornem (którego pionowa ściana „wyrasta” dosłownie 50 metrów od schroniska), a Birnhornem – najwyższym szczytem pasma. W porównaniu ze Schmidt-Zabierow Hütte, Passauer jest dużo mniejsze i bardziej przytulne, choć też bardziej „survivalowe” – do łazienki trzeba wyjść całkiem na zewnątrz i nie zapomnieć czołówki, a jak już dotrzemy na miejsce, niespodzianką jest woda o temperaturze zbliżonej do wysokogórskich potoków… Zanim więc opuści nas rezon, po kolei idziemy na bohaterskie mycie się i rozgrzewamy herbatą.

Znowu dostajemy najdłuższe łóżko świata na poddaszu, przy czym wciśnięte za szafę tak, że przez kolejne trzy dni żyjemy jak krety. Wink Za to materace są bardzo wygodne, a kocyki miękkie i ciepłe. Niestety, duże ilości wypitej herbaty powodują, że oczywiście tuż przed zaśnięciem muszę zejść do tej ciemnej łazienki i oczywiście przypominają mi się sceny z najgorszych horrorów, gdzie w ciemnym korytarzu skrzypią drzwi i przemykają cienie, a za oknem pojawia się wampirza twarz… Crying or Very sad

Całe szczęście nie tylko ja muszę zejść, Grzesiowi też się dają we znaki cztery kubany herbaty, więc wychodzimy przed schronisko. Muszę powiedzieć, że miałam wtedy okazję zaobserwować dwa nowe zjawiska po raz pierwszy w życiu. Po pierwsze – w świetle księżyca (a akurat była prawie pełnia) ściany Mitterhornu wyglądały dosłownie jak teatralna dekoracja z tektury! Nie dość, że sprawiały wrażenie znacznie bliższych, to jeszcze ten kolor, załamania światła księżyca, gładkie ściany prowokowały do wyciągnięcia ręki i „pogniecenia” tej dekoracji! Coś niesłychanego, to trzeba zobaczyć na żywo i przypuszczam, że żaden aparat nie jest w stanie tego oddać!

Po drugie – daleko pod nami (wszak schronisko jest położone na 2051 m) widzieliśmy światła miejscowości Saalfelden. Otóż o ile przejeżdżający pociąg było jeszcze słychać, to samochody w dole zdawały się poruszać bezgłośnie! Sunęły jak łódki po wodzie, bez żadnego dźwięku. Niesamowite wrażenie…

czwartek, 1.1o.2oo9

Poranek wyrywa nas równo z pianiem kura… w telefonie Roberta. Wprawdzie na najdłuższym łóżku świata wiecznie panuje mrok, ale w drugiej części poddasza widok z okna jest zabójczy!



Zapowiada się piękny dzień, zatem wychodzimy bezzwłocznie przed schronisko, gdzie czeka mnie trzecie w ciągu ledwie kilku godzin nowo obserwowane zjawisko – mgieł radiacyjnych w dole. Miejscowość Saalfelden jest dość spora, a teraz skryta puchatą, nieprzepuszczalną pierzynką.



W drugą stronę również inspirujące widoki…



Pomimo porannego chłodu, decydujemy zjeść śniadanie na tarasie, aby jak najdłużej chłonąć te widoki. Nasi gospodarze również wyszli z takiego założenia i oddali się grze w warcaby.



Naszym dzisiejszym celem jest południowa, najtrudniejsza na naszym wyjeździe via ferrata na Mitterhorn. Pogoda jest ładna, więc pełni zapału ruszamy kilkaset metrów od schroniska do początku via ferraty. Po drodze mijamy tabliczkę upamiętniającą śmierć Rudolfa Messnera – brata słynnego Reinholda, który o tym wypadku wspomina wiele razy w swojej książce „Gobi”…

Zaczynamy wspinaczkę. Początkowy odcinek prowadzi pionowo w górę i chwilami sprawia mi kłopoty. Po kilku minutach intuicja mi podpowiada, że o ile fizycznie nie jest najgorzej, to psychicznie nie czuję się zbyt pewnie. Na pierwszej półce skalnej, kilkanaście metrów nad „stałym lądem”, rozmyślam chwilę co robić i decyduję nie spowalniać i nie narażać reszty uczestników. Schodzę. Zarówno wtedy, jak i dzisiaj jestem przekonana, że to była dobra decyzja, mimo że strasznie mi było żal… Ale jest to solidny motyw, aby tam wrócić.

Wiem, że cała trójka moich współtowarzyszy poradzi sobie doskonale na via ferracie i tak też się stało. Ja natomiast po powrocie do schroniska i skonsumowaniu kaszki bananowej, decyduję nie siedzieć bezczynnie na tarasie (chociaż w zasadzie nawet bezczynne siedzenie tam jest balsamem dla duszy) i postanawiam iść samotnie na wzbijający się ponad sąsiednią doliną szczyt Dürrkarhorn (2286). Tutaj szlak przypomina poprzednie nasze pasmo – Loferer – dolina jest bardzo surowa, otoczona przez szare, kamienne potężne szczyty… Na przełęczy spoglądam jeszcze w tył – po lewej opadają ściany Mitterhornu, a po prawej stronie siodła widać jeszcze przycupnięte schronisko.



Po przejściu na drugą stronę przełęczy, schronisko znika mi z oczu i zobaczę je ponownie dopiero ze szczytu Dürrkarhorn. Tutaj krajobraz jest jeszcze bardziej depresyjny – naprzeciwko w oddali widać ogromny rumosz skalny, po którym – jak się okaże – wiedzie szlak, a z boku opadają milczące posępne ściany… W duchu nazywam to miejsce Martwą Doliną i pogwizduję dla dodania sobie rezonu. Wink

Pod samym rumoszem nagle kontestuję, że gdzieś po lewej pojawia się stadko kozic i pomyka wzdłuż zbocza po szlaku. Więc jednak jest tu jakieś życie poza mną… Naliczyłam dziewięć kozic w równym szyku (nie wszystkie zmieściły się w kadrze):



Poczekałam, aż panie przejdą i z mozołem zaczynam się wspinać po rumoszu. Muszę przyznać, że odnalazłam w odmętach pamięci najbardziej barbarzyńskie przekleństwa, jakie tylko w życiu zasłyszałam – po tym się nie dało iść! Dwa metry w górę, pięć w dół! Uciorana gorzej niż Klimczok po przejściu ze swojej góry do Zamku Sułkowskich po księżniczkę, osiągam wreszcie grań i stąd mam już tylko kawałek do szczytu. Spod krzyża kontempluję widok na maluteńkie schronisko Passauer Hütte i Birhhorn…



Wysyłam sms-a z wiadomością, że właśnie macham moim współtowarzyszom ze szczytu (widzieli mnie!) i postanawiam wracać. Zejście z grani po tym cholernym rumoszu dostarcza mi wielu krwawych pamiątek na nogach, które zresztą mam jeszcze do dzisiaj.

Gdy jestem już znowu na przełęczy (a więc jakąś godzinę jeszcze od schroniska), słyszę, a po chwili widzę helikopter. Już w schronisku dowiaduję się, że dwóch chłopaków odpadło od via ferraty, którą wcześniej pokonali Ala, Grześ i Robert. Tym większy należy się podziw dla mojej trójki!



Wieczorem nowa niespodzianka – słychać, jak pada coś cięższego niż deszcz…

piątek, 2.1o.2oo9

Rano kontestujemy, że pogodę mamy typowo polską, a więc jak śpiewał Kazik – i zimno i pada i zimno i pada… W dodatku deszcz ze śniegiem. Polegujemy bezczynnie w naszej ciemnicy, aż wreszcie gdy tylko przestaje na chwilę padać, decydujemy się podzielić znowu na dwie grupy i my z Grzesiem wychodzimy na Birnhorn. Warunki są tak barowe, że nawet nie bierzemy aparatu, ale postaram się przekazać choć cząstkę tego, co doświadczyliśmy.

Po początkowych kilkudziesięciu minutach miarowego podejścia po skałach, zaczyna się wspinanie po klamrach żlebami. Mgła dokoła jest dość gęsta. W pewnym momencie przechodzimy półką skalną nad – tak mi się wydaje – dość głęboką przepaścią, ale widzimy tylko pięć metrów poniżej kuszącą białą pierzynkę… Wynajdywanie odpowiednich punktów podparcia jest na tyle zajmujące, że w zasadzie nawet nie czujemy zmęczenia, gdy po półtorej godzinie osiągamy Birnhorn. To mój najwyższy do tej pory szczyt – 2634 m. Trzeba to uczcić specjalnym wpisem do księgi pamiątkowej, przymocowanej zwyczajowo na krzyżu.

Na szczycie uderza w nas ostry i zimny wiatr, po zachodniej stronie leży również świeżo napadany śnieg. Decydujemy jednak nie schodzić tym samym szlakiem, tylko właśnie od zachodu okrążyć górę i wrócić naokoło do schroniska. Początkowo zjeżdżam po śniegu, trzymając się liny przymocowanej do ściany, ale po kilkuset metrach można już iść normalnie. Do schroniska przychodzimy wczesnym popołudniem i mimo niesprzyjającej aury namawiamy ekipę nr 2 na zdobycie Birnhornu. Mnie za to dopada jakaś taka senność, tak że dopiero po kolejnych dwóch godzinach daję się namówić na północną via ferratę na Mitterhorn.

Wychodzimy w pełnym rynsztunku i była to druga dobra decyzja tego dnia – ciężko opisać emocje towarzyszące mi podczas prawie godzinnej wspinaczki ferratą, łącznie z pewnym ciekawym mostkiem linowym… Mogę powiedzieć, że dźwięk obijających się o siebie karabinków jest w czołówce moich najprzyjemniejszych doznań słuchowych! Zachodni szczyt Mitterhornu osiągamy na tyle późno, że decydujemy ruszyć bezpośrednio w dół tą samą drogą. Ostatnie ¼ drogi pokonywaliśmy już właściwie w gęstniejącym półmroku, w dodatku zaczął padać deszcz, co dodatkowo utrudniało znajdywanie pewnych chwytów. Z ostatniego fragmentu zeszliśmy – można powiedzieć – równo z zapadnięciem nocy. To było jedno z najbardziej emocjonujących przeżyć, tym niemniej myślę, że gdyby nie pewność i odpowiedzialność Grzesia, nie byłoby tak kolorowo…

sobota, 3.1o.2oo9

Rano widoki już całkiem jesienne…



Dzisiaj niestety już wracamy do domu… Schodzimy bezpośrednio najkrótszym szlakiem do zaparkowanego u stóp gór samochodu, pożeramy co się da... Wink

I jeszcze ostatni rzut oka na tonące wysoko chmurach szczyty, przełamujące na zawsze granice wyobraźni.



-----

Reszta zdjęć na [link widoczny dla zalogowanych].


Ostatnio zmieniony przez katmandu dnia Nie 5:05, 25 Paź 2009, w całości zmieniany 3 razy
Zobacz profil autora
luna
Gość


Góry wymiatają, nie mam pytań.
kuba


Dołączył: 26 Sie 2007
Posty: 548
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: kraków

szacun za tą wyprawę (brawo za zdjęcia)
Zobacz profil autora
doskad


Dołączył: 25 Paź 2009
Posty: 7
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Łowicz

Katmandu... nie napiszę że relacja jest super i wspaniała, bo to już zrobili moi poprzednicy i nie ma się co powtarzać.
Pozwolę sobie tylko zacytować Twoje zdanie „...a potem wrażenia są zbyt silne, by wszystkie móc opisać...” Trzeba pisać!!! W emocjach, uczuciach, wrażeniach, słownych fotografiach zawiera się wszystko. Tam siedzi dusza i czasami warto ją pokazać (choć bez przesady...). Wydaje mi się, że masz ogromny potencjał i postrzegasz świat nie tylko przez pryzmat „szkiełka i oka”. To takie ulotne... Wiele ludzi widzi świat duszą, ale niewiele umie go tak opisać. Ty chyba umiesz, wiec pielęgnuj i rozwijaj tą umiejętność... i nie bój się wyrażać tego co najpiękniejsze i najwartościowsze. Literuj swoje emocje... nawet te silne...


Ostatnio zmieniony przez doskad dnia Wto 3:15, 27 Paź 2009, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
katmandu


Dołączył: 13 Lip 2009
Posty: 310
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław / Bystra Śląska

Bardzo dziękuję za miłe słowa.

Krzyś - góry rzeczywiście robią potężne wrażenie, zwłaszcza gdy się stoi na dole, to aż ciężko uwierzyć, że wejdzie się aż tak wysoko! Niesamowite uczucie...
Kuba - bardzo miło jest usłyszeć słowa uznania za zdjęcia od kogoś, kto w zasadzie każde zdjęcie robi doskonałe.

doskad napisał:
Katmandu... nie napiszę że relacja jest super i wspaniała, bo to już zrobili moi poprzednicy i nie ma się co powtarzać.
Pozwolę sobie tylko zacytować Twoje zdanie „...a potem wrażenia są zbyt silne, by wszystkie móc opisać...” Trzeba pisać!!! W emocjach, uczuciach, wrażeniach, słownych fotografiach zawiera się wszystko. Tam siedzi dusza i czasami warto ją pokazać (choć bez przesady...). Wydaje mi się, że masz ogromny potencjał i postrzegasz świat nie tylko przez pryzmat „szkiełka i oka”. To takie ulotne... Wiele ludzi widzi świat duszą, ale niewiele umie go tak opisać. Ty chyba umiesz, wiec pielęgnuj i rozwijaj tą umiejętność... i nie bój się wyrażać tego co najpiękniejsze i najwartościowsze. Literuj swoje emocje... nawet te silne...

Nie wiem co napisać... Dziękuję.

Muszę przyznać, że aż usiadłam z wrażenia, jak to zobaczyłam.
Do tej pory tylko jedna wypowiedź na tym forum tak mnie przeniknęła - czwarty komentarz do mojej relacji z Bihoru. Bo nieczęsto się zdarza, aby ktoś pomiędzy literami dojrzał skrawki duszy, poskładał je i nazwał. To również wielka umiejętność, cechująca niezwykłe Osobowości.

Dziękuję i rzeczywiście, gdy tylko mam czas i natchnienie, staram się, aby moje myśli znalazły ujście na papierze.

Pozdrawiam serdecznie.
Zobacz profil autora
Leoganger Steinberge 3o.o9-3.1o.2oo9 - in statu nascendi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Odpowiedz do tematu